| |
Wymalowane buźki, głośna muzyka, szaleństwo na scenie i mecz o randze międzynarodowej! Tak najkrócej mówiąc wyglądał Dzień Dziecka 2007 organizowany przez połączone siły wolontariuszy z programów na Grygowej, Pomocy Uchodźcom, MOSTU i wolontariatu licealnego.
Do imprezy planowanej wstępnie na przypadający „ustawowo” na 1 czerwca Dzień Dziecka nie dopuściła pogoda, która obfitymi opadami deszczu kazała szukać nowego terminu na plenerowe szaleństwa. Udało się to 6 czerwca na osiedlu Grygowa w Lublinie. Wtedy na wspólnym festynie na cześć wszystkich dzieci (i tych, którzy tak się czują), zebrali się wraz z wolontariuszami ich podopieczni z czterech programów Centrum Wolontariatu. Impreza o wyraźnym charakterze integracyjnym stworzyła okazję do spotkania się dzieci z Bronowic, Ośrodka dla Cudzoziemców i oczywiście najliczniej reprezentowane z racji „gospodarzenia” dzieci z osiedla Grygowej.
Działo się! Były konkursy sprawnościowe, zawody sportowe, konkursy piosenki, a na „deser” chłopcy rozegrali mecz międzynarodowy Polska-Czeczenia, w którym reprezentacji z Kaukazu minimalnie wygrali i zdobyli symboliczny Puchar i medale. Być może wpływ na wygraną miały ich koleżanki z Ośrodka dla Cudzoziemców, które jako chirli-derki zagrzewały ich do walki. Wcześniej dziewczynki wystąpiły na scenie z brawurowym występem.
Dzięki wielkie naszym wolontariuszkom, które je do tego przygotowały oraz wszystkim tym, którzy (nie bez przygód) pomogli do- i od-transportować dzieci na Grygową.
Nową dorgę życia rozpoczęli 7 października nasi koordynatorzy programu pomocy uchodźcom: Kinga Ciekot i Wojciech Wciseł.
 Kinga na codzień koordynauje pracą wolontariuszy w świetlicy dla dzieci uchodżców, Wojtek zajmuje się organizacją zajęć językowych, bloku informacji o Polsce. Młodej parze składamy życzenia szczęścia i miłości. Wolontariusze.
Plenerowy koncert młodzieżowej niemieckiej orkiestry „Capella Juventa” w Ośrodku dla Cudzoziemców w Lublinie Takiego koncertu lubelski ośrodek dla uchodźców jeszcze nie miał. Pięćdziesięciu młodych muzyków z niemieckiego Ilmenau zagrało 3 lipca dla azylantów mieszkających w Lublinie. Od klasyki po rockoperowe brzmienia cieszyły i dzieci i dorosłych. Dla wielu z nich to pierwszy w życiu taki koncert. Tym bardziej nietypowy, że nie słuchacze musieli się stawić w filharmonii, ale artyści przyszli ze swoim muzycznym darem do publiczności. Na muzyce się nie skończyło, bo młodzi członkowie „Capella Juventa” wręczyli dzieciom uchodźców przywiezione upominki. Orkiestra odbywała swoje tourne na zaproszenie Centrum Duszpasterstwa Młodzieży w Lublinie. 
fot. Józek Kufel
Trudno znaleźć kolor kredki, by narysować oczy matki, tak by oddały ich piękno – tak w przeddzień Dnia Matki na Koncercie „Piosenka dla mamy” śpiewały w Filharmonii Lubelskiej czeczeńskie dzieci z Ośrodka dla Cudzoziemców.
Koncert odbył się w ramach akcji Gazety Wyborczej, Radia Lublin i TVP Lublin.
 Uczestnicy świetlicy do występu przygotowywali się już na długo przed koncertem. „Chyba najdłużej szukaliśmy odpowiedniej piosenki, adekwatnej do tej okoliczności, bo w Czeczenii nie obchodzi się ‘dnia matki”- powiedziała Kinga Ciekot, koordynatorka pracy w świetlicy dla dzieci uchodźców. „Tam kobiety obchodzą tylko jedno święto – dzień kobiet, które zawiera w sobie święto i matki i babci”- dodała.
 Dzieci zaśpiewały piosenkę – historię o chłopcu, który chciał namalować swoją mamę. Jednak gdy zaczął malować jej oczy, nie mógł znaleźć kredki, której kolor oddałaby piękno oczu mamy… Podczas występu małych artystów z Ośrodka na widowni zapanowała cisza, która jednoznacznie wskazywała, że wykonanie tej piosenki skupiło uwagę ponad pięciuset przedszkolaków z ponad 40 lubelskich placówek zebranych w Filharmonii.
 Po występie każdy wokalista dostał frezję, którą sprezentował swojej mamie. Kobiety nie kryły wzruszenia… nic dziwnego – w końcu to była wyjątkowa piosenka… wyjątkowych dzieci… (ww) Przed Mundialem: Polska – Czeczenia 6:6 (1:4)
 Mundialowa atmosfera udziela się już chyba wszystkim. Najbardziej cieszy jednak fakt, że nadchodzące mistrzostwa świata w piłce nożnej stają się impulsem do organizacji wielu ciekawych imprez, zwłaszcza dla tych, którzy lubią kopać futbolówkę. Do bezprecedensowego meczu towarzyskiego doszło w sobotę 13 maja 2006 r. w Piaskach, i chociaż na boisku po stronie Polski nie biegał ani Żurawski, ani Dudek, to na pewno mecz zasługuje na uwagę. Dzięki inicjatywie wolontariuszy z programu pomocy uchodźcom i gościnności Ks. Emila Kancira, wikariusza parafii w Piaskach, doszło do pierwszego - historycznego meczu pomiędzy ministrantami tamtejszej parafii, a reprezentacją młodych Czeczenów, mieszkańców Ośrodka dla Cudzoziemców w Lublinie.
 Przed meczem koordynator programu na rzecz uchodźców, Wojciech Wciseł powiedział do piłkarzy, że nigdy wcześniej reprezentacja Polski nie grała z Czeczenią, dlatego mogą czuć się wyjątkowymi reprezentantami swoich krajów. Od pierwszego gwizdka sędziego widać było zaangażowanie i walkę piłkarzy. Lepiej taktycznie rozpoczęli mecz młodzi Czeczeni, którzy po kilku dobrych akcjach objęli prowadzenie 3:0, a na przerwę schodzili przy wyniku 4:1. Po przerwie Polacy nie byli już tak opieszali i zaczęli odrabiać straty. Na 5 minut przed końcem spotkania był wynik 6:5 dla gości, jednak w ostatniej minucie meczu udało się biało-czerwonym (także przy uskrzydlającym dopingu licznie zebranych kibiców) wyrównać wynik na 6:6. Determinacja była tak silna, że po końcowym gwizdku strony dogadały się i zarządzono 3 minutową dogrywkę mającą wyłonić zwycięzcę! W dogrywce mieli kilka dobrych okazji, jednak gola nie strzelili. Tak więc pierwszy (nie)oficjalny mecz pomiędzy reprezentacjami Polski i Czeczenii zakończył się remisem. Po meczu na zmęczonych meczem piłkarzy czekały przygotowane słodycze i napoje. W serdecznej atmosferze młodzi piłkarze wraz z opiekunami dzielili się refleksjami i wrażeniami po meczu. Spotkanie to stało się również okazją do zapoznania się polskich chłopców z ich czeczeńskimi rówieśnikami. Zawodnicy mówili o zwyczajach piłkarskich w swoich krajach oraz typowali faworyta nadchodzących mistrzostw. Po zakończonym remisem meczu młodzi piłkarze czują niedosyt, dlatego szybko możemy spodziewać się rewanżu. Tym razem na boisku obok lubelskiego Ośrodka dla Cudzoziemców. (ww)
Pokojowa marzanna dzieci z Ośrodka Tradycja topienia marzanny jest obca w kulturze mieszkańców z Ośrodka dla Cudzoziemców, jednak dzieci ze świetlicy, zachęcone przez wolontariuszy, chętnie włączyły się do konkursu jednej z lubelskich gazet na najpiękniejszą marzannę.
 Przygotowania i prace nad wykonaniem kukły trwały kilka dni. Na początku dzieci zapoznały się z samym pojęciem marzanny, jej symboliką i tradycją jej topienia. Potem, metodą „burzy mózgów”, dzieci przedstawiły swoją wizję marzanny. Położyły szczególny akcent, by jej przesłanie miało pokojowe i międzynarodowe znaczenie. Przy pomocy wolontariuszy udało się zaprojektować wstępny projekt marzanny, na który dzieci co chwilę nanosiły jeszcze swoje poprawki. Udało się jednak znaleźć wspólny plan i przystąpiono do pracy. Na początek dzieci przygotowały pojedyncze elementy stroju marzanny, które potem, przy pomocy wolontariuszy, zostały wykorzystane przy upiększeniu kukły. Potem przygotowanie konstrukcji, mięcie gazet i upychanie ich w worki tak, żeby marzanna miała jak najpiękniejsze kształty. Najwięcej pracy kosztowało jednak wykonanie strojów i włosów kukłom. Dzieci samodzielnie wykonały również kilkadziesiąt chorągiewek, które w końcowej fazie pracy zostały umieszczone na kuli przedstawiającej Ziemię.
 Wreszcie nadszedł 21 marca- dzień konkursu marzann pod lubelskim ratuszem. Spośród 58 kukieł nasza wyróżniała się innowacyjnością. Przedstawiała dwoje dzieci stojących na Ziemi i trzymających się za ręce…
 Ten gest trzymanych rąk ma symbolizować przyjaźń i pokój między wszystkimi narodami. W wyniku konkursu nasz marzanna zajęła bardzo wysokie 7 miejsce! Na pewno jednak wygrała swoim przesłaniem: przesłaniem pokoju, dobra i tęsknotą wszystkich ludzi, a zwłaszcza tych naszych małych dzieci Uchodźców, za miłością i radością. (WW) Manty i chałwa, czyli Dzień Migranta - 15 stycznia 2006r. Wchodzących wita mocny zapach cebuli. Panie Sacyta, Chawa i Lida, zaczerwienione od ciepła, uśmiechnięte, lepią pierogi. – Który ładniejszy? – każą porównywać. Chałwa, słodka piramida klusek i miodu, jest już gotowa. Wojtek szuka mięsa wołowego, bo mieszane, wołowo-wieprzowe, jakie znalazł w sklepach, nie wchodzi w grę. Przygotowania do obiadu polsko-czeczeńskiego w Centrum Duszpasterstwa Młodzieży trwały w najlepsze od 9.30 w niedzielę. Tym razem na zaproszenie Centrum Wolontariatu gospodyniami były Czeczenki.
 Mieli spotkać się już dawno, polskie i czeczeńskie rodziny biorące udział w programie „Partnerstwo rodzin” firmowanym przez Centrum Wolontariatu, ale antyterroryści pokrzyżowali ich plany nagłą akcją w Ośrodku dla Cudzoziemców. Po tym zdarzeniu mieszkańcy wycofali się, jednak udało się wrócić do tamtych zamierzeń. - Bardzo nam miło, że mogliśmy się znowu spotkać – mówi uroczyście Sacyta. - Było nam ciężko, ale to się na szczęście skończyło i mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie.
 Sacyta, specjalna Wolontariuszka Roku, matka czworga dzieci, bardzo pomaga w Ośrodku wolontariuszom pracującym w świetlicy, a i teraz jest duszą przedsięwzięcia. - To jest bardzo ważne, i przyjemne, chcemy więcej się spotykać z Polakami, by oni wiedzieli więcej o naszych problemach i byśmy my znali ich lepiej – mówi. Co jest główną barierą? - Nasze życie było inne i dlatego trzeba siebie poznać lepiej, żeby zrozumieć – wyjaśnia. - Nie można być normalnym w takich warunkach – mówi bez goryczy o swoim kraju, zniszczonym przez wojny. Wspomina Papieża – z wdzięcznością mówiąc, że pamiętał o Czeczenii. - To u każdego z nas jest w sercu. A tu jest jego ziemia rodzinna – mówi.
 Pierogi nazywają się manty, są na ostro, na parze. Najlepiej je z garnka prosto na tariełku, ale niestety garnek za mały i wszystkie się naraz nie mieszczą. Ale i tak stół okryty białym obrusem wygląda okazale. A jak wspaniale się wokół niego gania! Mała czarnowłosa dziewczynka trochę popłakuje, kiedy mama zniknie jej z oczu, ale częściej się śmieje i próbuje rysować kredką po ścianie. Chłopcy – którzy przyjechali później, kiedy mamy zdążyły już wszystko przygotować – z początku ostrożnie siedzą pod ścianą, potem śmiało machają łyżkami. Kiedy zaczynają zbytnio dokazywać, Czeczeny! – krzyczy na ich groźnie Sacyta i jest spokój.
 - Zobaczyć twarz zwykłego uchodźcy z Czeczenii, normalne życie – wyjaśnia Jacek Wnuk cel programu. A dla uchodźcy – pomóc się odnaleźć. Kiedy są problemy ze zrozumieniem tej rzeczywistości polskiej, z wysłaniem dzieci do szkoły, dobrze kogoś znać i wiedzieć, że jest przyjazny. - Myślę, że dla nich najtrudniejsze jest przełamanie się i przyjęcie czegokolwiek – mówi Andrzej Pleskaczyński, uczestnik programu. Jego żona Zofia podkreśla, że „pieniądze to osobna sprawa, ale dać siebie, poświęcić czas, ciepło, pokazać przykład swojej rodziny, to jest bardzo potrzebne”. - Chodzi o to, by nie czuli się tu zagubieni, wyizolowani i by wiedzieli, że są ludzie, którzy chcą im pomóc, że są akceptowani – podkreśla. Dlaczego poznawać się przy jedzeniu? - Bo łatwej się poznać w takiej „domowej” sytuacji, te relacje nawiązać, a potem dowiedzieć się, czego oczekują – mówi pan Andrzej. A Wojtek Wciseł, koordynator pracy z uchodźcami z ramienia CW dodaje, że kobiety najszybciej dogadają się w kuchni.
 - I dla jednej, i dla drugiej strony ważna jest rodzina. W czeczeńskiej kulturze rodzina ma największą wartość – tłumaczy Jacek Wnuk. Podkreśla, że rodziny polskie szybko złapały kontakt, teraz kolejnym krokiem jest, by uchodźcy otworzyli się w codziennym życiu. - Główny problem to nieznajomość języka i brak pracy, co się wiąże z pierwszym – mówi Wnuk. Zapowiada, że niedługo ruszy program nauki języka i integracji kulturowej, by pokazać polską kulturę, obyczaje. – A potem można pokazać, że możliwe jest założenie własnej działalności gospodarczej, np. restauracji, gdzie będą serwowane narodowe potrawy – rozmarza się szef wolontariatu. Ryż słodki z rodzynkami i owocami to codzienny deser. Chałwę robi się na śluby, ale też wtedy, kiedy (odpukać) człowiek umrze. - Potrzeba czasu – mówi Sacyta. Żeby się poznać, zrozumieć. Na razie czekają na pierożki, które dochodzą i oglądają prezentację.
 Zdjęcia z Czeczenii z czasów sprzed i po wojnie. Zielone wzgórza i ruiny. Twarze. Polacy, od babci po blond-malucha, słuchają też opowieści o historii, literaturze. W tle muzyka. - To inicjatywa naszej córki, osiemnastoletniej Marysi, by się z nimi zaprzyjaźnić i spróbować pomóc – mówi pani Zofia. - Ja mam taki pomysł, by pomóc w nauce polskiego, jestem logopedą, pracuję z dziećmi niesłyszącymi, i chciałabym także tu swoje doświadczenia przekazać – deklaruje. Jacek ma nadzieję, że po okresie animowania przez Centrum Wolontariatu polsko-czeczeńskich kontaktów, zainteresowani sami będą chcieli je utrzymywać. Sześć rodzin polskich, pięć czeczeńskich. Piotr, Zuza, Agnieszka, Aminka, Imram… Nic tak nie zbliża jak wspólny posiłek. Który może być też wiążącą i pełną nadziei obietnicą.
 /mj/
Mikołajki dla dzieci Uchodźców, 6 grudnia 2005
Spotkanie ze Świętym Mikołajem jest dla każdego dziecka niesamowitym przeżyciem. Atmosfera oczekiwania udzielała się już wszystkim- i małym i dużym, na długo przed 6 grudnia, a ponieważ Mikołaj nie zapomina o żadnym dziecku, również i w Ośrodku dla Cudzoziemców w Lublinie ten, chyba najpopularniejszy wśród dzieci Święty, spotkał się z nimi by obdarować ich prezentami.
Przygotowania do przybycia Mikołaja rozpoczęły się już na długo przed 6 grudnia. Dzieci, pod okiem wolontariuszy, same chciały udekorować i zaadoptować stołówkę w Ośrodku na krainę wiecznego śniegu tak, żeby i im, i ich rodzicom, wolontariuszom, zaproszonym gościom, a przede wszystkim samemu Mikołajowi było miło i przyjemnie. W ruch poszły nożyczki, papiery, kleje, farby, zszywacze… wolontariusze zatroszczyli się o dużą ilość kartonów tekturowych rozwiązując pobliskim hipermarketom problem pozbycia się makulatury. Wcześniej, podczas zajęć świetlicowych, wolontariusze tak animowali pracę dzieci, żeby te odpowiednio zachęcone, z zapałem wykonywały drobne ozdoby, które potem wykorzystali w dekoracji stołówki. Stąd ogromna ilość papierowych łańcuchów, gwiazdek, serpentyn, portretów Świętego Mikołaja i in. Było tego naprawdę sporo. Prace trwały do samego końca, a im bliżej przybycia Mikołaja, tym częstsze pytania dzieci: a kiedy będzie Mikołaj? Na sam koniec przygotowań, dzięki staraniom pani Violetty Kędzierskiej, kierowniczki Ośrodka, dzieci mogły cieszyć się możliwością udekorowania choinki! Ależ była bogata w ozdoby, które starannie przygotowywały dzieci podczas zajęć w świetlicy… Trudno było znaleźć piękniejszą w okolicy…
Wreszcie wybiła upragniona godzina 17.00. Wtedy to Jacek Wnuk, Prezes Centrum Wolontariatu w Lublinie wraz z Księdzem Mieczysławem Puzewiczem i Panią Violettą Kędzierską, uroczyście rozpoczęli imprezę mikołajkową. Na początku dzieci, którym twarze przy wejściu malowali wolontariusze, mogły podziwiać „teatr na szczudłach”- grupę młodych wolontariuszy z Fajsławic, którzy pod okiem Marty Tarnowskiej, przygotowali dla najmłodszych Uchodźców bajkę pt. „Królowa śniegu”. Zaraz po niej wolontariusze animowali gry i zabawy w kółku dla wszystkich obecnych. Fantastycznie można było zaobserwować, jak i małe i duże dzieci, i ich rodzice chętnie włączają się do wspólnej zabawy- serce rośnie… Rodzice dali nawet specjalny pokaz swojego tańca narodowego! Wolontariusze nie pozostali bierni i również włączali się do tańca, stawiając swe pierwsze kroki bardzo nieśmiale…
 Jednak szczyt radości nastąpił wraz z chwilą wejścia tego, na którego wszyscy czekali. Święty Mikołaj wszedł tak, jak na świętego przystało- dostojnie, elegancko, a przede wszystkim z dużym workiem prezentów. Prezentów było tak dużo, że Mikołaj musiał korzystać z pomocy wolontariuszy, pełniących również funkcję ochroniarzy, gdyż dzieci cisnęły się do Mikołaja i ten miał nawet problem z wejściem na sale.
Pani Violetta wyczytywała dzieci, które podchodziły do Mikołaja i otrzymywały całą siatkę pełną prezentów! W siatce był i piórnik, i kredki, i maskotki i dużo, dużo słodyczy- tych dla dzieci nigdy za wiele… Mikołaj rozdał dzieciom prezenty i obiecał, że wróci za rok. No chyba, że dzieci będą bardzo niegrzeczne, ale nasze dzieci są wyjątkowo grzeczne, dlatego Mikołaj raczej na pewno przyjedzie dokładnie za rok…
 Cała impreza kosztowała wiele osób dużego nakładu sił. Wzorowo spisali się niezawodni wolontariusze- dziękujemy!!! Słowa gorących podziękowań dla wszystkich pracowników Ośrodka składamy na ręce Pani Violetty Kędzierskiej. Szczególne podziękowania dla Firmy ANICA S.A. z siedzibą w Lublinie, która w zdecydowanym stopniu wspomogła Mikołaja finansowo. Cóż. Czekamy na Mikołaja już za rok. Wojciech Wciseł
|
|